Z dzisiejszym „WiW Ocenia” rozpoczynamy trzydniowy maraton poświęcony największej gali roku w federacji PWG. Pro Wrestling Guerrilla… Tyle się słyszy o tej federacji. Najczęściej jak ktoś wypowiada się o niej, to tylko w samych superlatywach. I powiem Wam szczerze, że coś w tym jest. Chyba żadna inna federacja nie ma takiej „otoczki”, która sprawia, że chce się ją oglądać. Ja jestem raczej zwolennikiem publiczności, którą możemy zobaczyć w New Japan Pro Wrestling, mianowicie lubię, gdy fani doceniają to, co robią zawodnicy gromkimi brawami, a nie szaleńczym hałasem. Ale każdy kiedyś musi „odreagować” i nie ma na to lepszego miejsca, niż wyżej wspomniana federacja.

Teraz dla tych, co nie wiedzą czym jest BOLA. Battle Of Los Angeles (rozwinięcie skrótu „BOLA”), jest to turniej organizowany przez federacje PWG i trwa on trzy dni. Najważniejszye jednak jest to, że zrzesza on masę utalentowanych, oraz popularnych wrestlerów „nie z WWE”. Jednakże wielu zawodników uczęszczających na wcześniejszych edycjach turnieju, jest teraz w „wielkim W”. 

Pierwszy dzień zmagań to walki pierwszej rudny, zwycięzcy awansują do ćwierćfinałów, ale również jeden Tag Team Match i to nie byle jaki! Jeff Cobb w drużynie z Mattem Riddlem zmierzyli się z Donovanem Dijakiem i Keithem Lee.

Teraz nie pozostało nam nic innego, jak zaprosić Was do przeczytania artykułu. A już jutro pojawi się WiW Ocenia z drugiego dnia turnieju, a we wtorek z trzeciego dnia! Stay Tuned!


Dezmond Xavier vs. Brian Cage – ***

Pierwsza walka turnieju! Typowy pojedynek w stylu „Dawid kontra Goliat”. Wystarczy spojrzeć na oby tych panów, by stwierdzić pewną dysproporcję w budowie ciała. Jak się jednak okazało, tak jak w biblii wygrał ten mniejszy. O tym starciu powiem tylko tyle, że było średnie i dało się je oglądać.

Zwycięzca: Dezmon Xavier (10:41)


Flash Morgan Webster vs. Marty Scrull – ***3/4*

Początek walki był dla mnie lekkim szokiem. Marty wygłasza heelowe promo, gdy nagle… Otrzymuję HeadButt od Webstera i pada na mate. Sędzia odlicza 1… 2… 3… Ciężko było mi ukryć zdziwienie na twarzy, ale na całe szczęście (dla Martiego, jak i dla nas) jego noga znalazła się pod liną i sędzia zarządził kontynuowanie pojedynku. Reszta walki była bardzo ciekawa i stała na naprawdę wysokim poziomie. Widać było, że publiczność angażowała się w to starcie. To PWG, więc nie ma co się dziwić. Walkę wygrywa Marty po zapięciu swojego ruchu kończącego, mianowicie Chickenwing’a, Webster odklepał i The Villain przechodzi do kolejnej rundy. 

Zwycięzca: Marty Scrull (15:34) 


Rey Fenix vs. Rey Horus – ****1/4*

Pojedynek dwóch luchadorów, który wypadł bardzo dobrze. Może imię Rey i noszenie maski, sprawia, że automatycznie stajesz się świetnym wrestlerem (Cody jest jeszcze nadzieja). Oczywiście z tym Codym, to żart, ale nie zmienia to faktu, że panowie dali wielki popis swoich umiejętności. Gdy mistrz Tag Team PWG wchodził na liny i po nich „chodził” wydawało się, jakby była to najprostsza rzecz na świecie. A my możemy się tylko domyślać, ile godzin na sali treningowej spędził, żeby tak genialnie opanować balans ciałem. Luchadorzy dali z siebie wszystko, co zaowocowało taką, a nie inną oceną z mojej strony. Myślę, że warto zaznaczyć fakt, że nie jestem fanem stylu lucha libre. Naprawdę dobre widowisko, choć końcówka mogła wypaść lepiej. A tak poza tym wydaję mi się, że Rey Fenix jeszcze nie raz da pokaz swojego talentu!

Zwycięzca:  Rey Fenix (16:04)


Donovan Dijak & Keith Lee vs. Jeff Cobb & Matt Riddle – ****1/2*

Piękny Tag Team Match. Ten pojedynek był kompletny prawie pod każdym względem. Komedia – była, dobry wrestling – był, powaga – była. Piękny pokaz umiejętności całej czwórki. Keith Lee wykonuję moonsault? Dla niego to żaden problem. Za każdym razem jak widzę go, wykonującego takie akcje, nie mogę wyjść z podziwu. Dlaczego tak go zachwalam? Po prostu zobaczcie jego zdjęcie lub walkę z jego udziałem i wtedy zrozumiecie. Donovan Dijak, który za niedługo ma zadebiutować w WWE, również pokazał się z dobrej strony. Teraz o dwójce, po której nie spodziewałbym się niczego innego… Riddle i Cobb, to dla mnie klasa światowa, a ten pojedynek jest tego przykładem. Po prostu kupuje ich styl. To wszystko… Warto też wspomnieć o fanach, bo po prostu publiczność żyła tym starciem, co tylko polepsza odbiór tej walki. Jeśli ktoś czyta to teraz, a nie oglądał gali, to serdecznie polecam zerknąć, chociaż na tylko ten match. 

Zwycięzca: Jeff Cobb & Matt Riddle (18:12)


Matt Sydal vs. Penta El Zero M – ***1/2*

Starcie dobre pod względem ringowym, ale wystąpił w nim pewien szkopuł, mianowicie przestoje… Panowie prowadzili pojedynek na wysokich obrotach tylko po to, by przystopować na minutę lub dłużej i tak cały czas. Dlatego ocena jest dość niska, choć i tak nie jest najgorzej. Wracając do samej walki, chopy były wyprowadzane na klatkę piersiową Matta, wyglądały, tak jakby miały mu wbić żebra w płuca. Co bardziej spostrzegawczy, mogli zauważyć, „tryskający” pot z ciała Sydala, po wyżej wspomnianych uderzeniach. Pojedynek brutalny, dobry pod względem ringowym, ale przestoje przeważyły, jeśli chodzi o ocenę, bo gdyby nie one, ocena na pewno byłaby wyższa!

Zwycięzca: Penta El Zero M (12:00)


Zack Sabre Jr. vs. Jonah Rock – ****

Bardzo stiffowa walka. Przy uderzeniach dało się mieć wrażenie, jakoby były wyprowadzane naprawdę. Predyspozycja Jonaha, oraz fakt, że nie była to typowa walka Zacka, sprawiło, że oglądało się to świetnie. Zwykle Sabre prowadzi ofensywę przez większość walki, by przegrać przez comeback przeciwnika, a w tym przypadku było inaczej. I właśnie dzięki temu podwyższyłem ocenę. Dało się odczuć, że przez większość czasu to Brytyjczyk był w opałach i musiał „wracać” do starcia. Teraz wspomnę jeszcze raz o uderzeniach, chopach, które po prostu były spektakularne i brutalne. Na pochwałę zasługuję również psychologia ringowa, która była bardzo widoczna. Blokowanie punchy poprzez kopnięcia w rękę, obijanie nóg „osiłkowi”, sprawianie bólu łokciem w trakcie dźwigni, to tylko kilka z licznych smaczków, które sprawiły, że ten pojedynek wypadł dobrze, oraz jest godny polecenia.

Zwycięzca: Zack Sabre Jr. (18:07)


Ricochet vs. Flamita – ****1/2*

Walka długa, bo trwała ponad 20 minut, co jak na styl, jaki obaj zawodnicy prezentują, może się okazać, za długie. Czy tak było? No nie do końca, ponieważ tempo pojedynku cały czas stało na dobrym poziomie. Nie było żadnych dłuższych przerw między akcją. Co do odczuć, które miałem przed pojedynkiem. Byłem bardzo pozytywnie nastawiony do tej walki, ponieważ Ricocheta znam i oglądam jego starcia dość często i wiem, na co go stać. A co do Flamity, oglądałem jego poczynania w innym turnieju, mianowicie Super Strong Style 16 od Progressu. Luchador zaimponował mi wtedy swoimi umiejętnościami. Co do samej walki, była dobra, nawet więcej niż dobra, była bardzo dobra! Dobre tempo, świetne akcje, płynne przechodzenie do kontr. No co mogę powiedzieć druga najlepsza walka wieczoru, zaraz po Tag Team Matchu. Ricochet wygrywa i to on melduję się w następnym etapie turnieju!

Zwycięzca: Ricochet (22:10)


Podsumowanie: Po średnim openerze było tylko lepiej, nastawiałem się na coś dobrego i to otrzymałem. Walki stały na wysokim poziomie, na szczególne wyróżnienie czy też polecenie, zasługują dwa pojedynki, mianowicie Main Event gali oraz Tag Team Match. Naprawdę z całego serca polecam! Przed nami jeszcze 2 dni! Na pewno czeka nas jeszcze dużo akcji oraz co najważniejsze rozrywki, a PWG serwuję ją w najlepszy możliwy sposób. 

O Autorze

Uczeń liceum, profil jaki sobie wybrał to: klasa dziennikarska. Środowisko wrestlingowe może go kojarzyć spod pseudonimu "OffcaBaran". Fanem rozrywki sportowej jest od 2008 roku. Uwielbia takich zawodników jak: Moj... Marty Scrull, AJ Styles oraz Kenny Omega, a jego ulubioną galą w roku jest Royal Rumble.

Podobne posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany