Karta walk gali TLC nie przekonywała do siebie przed PPV. Całą promocję oparto na walce wieczoru i powrocie The Shield. Wszystko to jednak runęło z powodu absencji Romana Reignsa z przyczyn zdrowotnych. Zamiast powracającego The Shield otrzymaliśmy inny powrót, po raz pierwszy od 11 lat w ringu WWE zawalczył Kurt Angle. Z show usunięty został także Bray Wyatt, na którego miejsce wskoczył AJ Styles.

Nieważne, jaki stosunek miało się do piątkowych zmian w karcie, trzeba było przyznać, że te dwa pojedynki właśnie dzięki zmianom, jeszcze bardziej ciekawiły. Reszta starć została w cieniu, a mowa tu przecież m.in. o debiucie Asuki w głównym rosterze. Czy jednak na samej gali udało się tym walkom z cienia wyjść? Czy zastępstwa w dwóch kluczowych starciach wyszły WWE na dobre?

Zapraszamy do przeczytania ocen i opinii o WWE TLC!

Jeżeli chcecie spojrzeć na opinię o TLC w nieco innej formie, stworzoną przez innego redaktora, to gorąco polecamy Plusy i Minusy z WWE TLC: 2017. Szymon Mrozik przeanalizował wczorajsze PPV pod kątem tego co wyszło dobrze, a co niekoniecznie:

Tutaj znajdziecie wspomniany tekst Szymona Mrozika

 

Match #1
Kick-Off
Alicia Fox vs. Sasha Banks* i 3/4*

Na papierze wygląda to nieźle: Sasha wygrywa po dziesięciu minutach walki w Kick-Offie. Panie musiały więc pokazać coś konkretnego, skoro dostały tak dużo czasu? Otóż nie. Od tych dziesięciu minut odliczmy ponad dwie na reklamy, kolejne dwie na liczenie zawodniczek poza ringiem (a tego było sporo jak na tak krótką walkę). Zostaje nam z tego około 50% czasu i… nic. Fox miała inicjatywę i nie za dużo pokazała. Konkretniejsze akcje można zliczyć na palcach jednej ręki.

To był ten typ walki, o której zapomina się od razu po gongu. Po prostu się odbyła, nic więcej. Dlaczego ocena jest więc tak niska? Nawet nie postarano się stworzyć tutaj czegoś ciekawego, a przecież czas był. Jest też druga, smutniejsza strona medalu. Banks tą walką nie udowodniła, że zasługuje na coś więcej niż Kick-Off gali PPV w obecnej postaci. Może przydałby się heel turn?

Winner: Sasha Banks (10:13)


Match #2
Singles Match
Emma vs. Asuka ** i 3/4*

Debiut Asuki w głównym rosterze już za nami. To zestawienie z Emmą ewidentnie sugerowało nam powtórkę z NXT TakeOver: Londyn i można powiedzieć, że ją dostaliśmy. Może nie było tutaj tak żywiołowej publiki, jak w Anglii, jednak ogólny przebieg pojedynku był podobny. Pytanie brzmi: Czy tak to powinno wyglądać?

Może lepszą metodą na wprowadzenie Japonki do WWE byłby squash, w którym nie dałaby żadnych szans Emmie? Zamiast tego dostaliśmy walkę, gdzie Australijka była stroną dominującą i tylko „budziła” do walki Asuke. Teraz załóżmy, że ktoś nie słyszał o NXT. Widzi, że ta nowa obrywała, jednak w końcówce wygrała. Będzie pod wrażeniem? Raczej nie. Po prostu nowa kobieta w rosterze. 

Zawiodło tu więc nieco przedstawienie postaci Asuki. Zwłaszcza że ten jej debiut nie był mocno nagłośniony na tle, chociażby walki wieczoru. Jak jednak wypadł sam pojedynek, nie patrząc na to, kto miał ofensywę? Nieźle. Nie był to poziom zrywający z fotela, jednak kilka akcji było naprawdę efektownych. Emma dobrze wykorzystała swoje kilka minut (nie jak Alicia Fox) i nie usypiała publiczności. Porządny opener.

Winner: Asuka (09:26)


Match #3
Tag Team Match
Rich Swann & Cedric Alexander vs. The Brian Kendrick & Gentleman Jack Gallagher** i 1/2*

Pojedynek Cruiserów zapowiadał się nieźle i tak też wypadł. Nie było to nic ponad przeciętność, jednak biorąc pod uwagę, że była to najkrótsza walka na gali, to można śmiało stwierdzić, że walka spełniła swoje zadanie. Zawodnicy nieco polatali, Swann i Alexander walczyli w widowiskowy sposób, podczas gdy Gallagher i Kendrick robili wszystko, aby ich uziemić. Heelowie często się zmieniali, obijając jednego z rywali. Klasyka gatunku. 

Osobiście nie dodawałbym walki Elias vs. Jordan, a jej czas „antenowy” przełożyłbym częściowo tutaj. Gdyby ci panowie dostali dziesięć minut (tyle, co Alicia Fox vs. Sasha Banks) to wyszłoby to tej walce zapewne na dobre. Dostaliśmy jednak solidną walkę drużyn, podczas której w dobrym świetle wypadli Cruiserzy. Niczego więcej nie oczekiwaliśmy. 

Winners: Rich Swann & Cedric Alexander (06:56)


Match #4
WWE RAW Women’s Championship
Alexa Bliss (c) vs. Mickie James** i 1/4*

Po ocenie można sądzić, że walka o pas kobiet będzie traktowana jako rozczarowanie. Może jednak powinniśmy podejść do tego inaczej, bardziej pod względem zbyt wygórowanych oczekiwań? Alexa Bliss nigdy nie była wymieniana jako top wrestlerek w WWE, nadrabiała mic skillem i ogólną prezencją postaci. To są jej główne atuty. Mickie za to w zeszłym roku walczyła z Asuką i wypadło to nieźle, jednak duża w tym zasługa Japonki. Nie mieliśmy więc w tej walce zawodniczki, która mogłaby pociągnąć na swoich barkach ten pojedynek.

Walka więc składała się z obijania kończyn i typowej dla Bliss, nieczystej końcówki. Na podobne numery nabierała się Sasha Banks i Bayley. Ringowo jednak było to dalekie od arcydzieła i mogło nawet nieco znudzić. Zdawaliśmy sobie jednak sprawę, że James to tylko przejściowa pretendentka dla Alexy. Kto następny? Nieśmiało w kolejce ustawia się chyba Asuka.

Winner: Alexa Bliss (11:25)


Match #5
WWE Cruiserweight Championship
Kalisto (c) vs. Enzo Amore* i 3/4*

Chyba to najwyższy czas, aby zastanowić się, czy w słowniku Enzo Amore istnieje wyrażenie: „dać dobrą walkę”. Jest mi ciężko zadecydować, co było gorsze: Neville vs. Enzo czy Kalisto vs. Enzo. Obie te walki mogą jednak śmiało stawać do pojedynku o miano najgorszej walki na PPV w roku, obok House of Horrors z Payback i Big Cass vs. Big Show z SummerSlam. 

Co jednak wpłynęło na tak słaby odbiór tej potyczki o pas Cruiserów? Brak umiejętności Enzo. Tyle wystarczy. Jeżeli dywizja Cruiserweight ma iść w jedynym słusznym kierunku (czyli w kopię X-Division), musi stawiać na dobrych jakościowo wrestlerów. Tutaj jednak WWE obiera inną drogę i dają na szczyt dywizji wypromowane nazwisko, które w ringu potrafi niewiele. Jaki Enzo ma Move-Set? To głównie ucieczki i nieczyste zagrywki. Długofalowo to nie wypali. Wizerunkowo jednak Amore przebija całą dywizję, tylko ten argument świadczy za nim. Czy to wystarczy, aby utrzymać pas do np. WrestleManii? Żeby jakościowo pobić reign Neville’a? Absolutnie nie. Walka do zapomnienia.

Winner: Enzo Amore (08:51)


Match #6
Singles Match
Finn Balor vs. AJ Styles*** i 3/4*

Dream match. First time ever. Bez podbudowy, na podrzędnym PPV, w trybie awaryjnym. Nie byłem w tym obozie, który krytykował tą walkę jeszcze przed rozpoczęciem. Nie jestem i po zakończeniu. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że zabrakło tutaj kilku minut. W walkach gdzie nie mamy historii, powinniśmy budować emocję np. poprzez wymianę finisherów, near-falle, kontry. Tak można wkręcić fanów w ten spektakl. Tak działa przecież NJPW przy swoich „five starach”. 

Tutaj jednak wszystko się zakończyło po jednym finisherze od Balora. Gdyby poszedł po tym kick-out, a następnie uświadczylibyśmy jeszcze kilku zmian w ofensywie i prób finisherów, byłbym wniebowzięty. Nie mniej jednak podczas tych osiemnastu minut cały czas coś się działo. W zasadzie nie było momentu dłuższego przestroju, czy bezsensownych Headlocków. Akcja za akcją, wszystko szło płynnie i cieszyło oko. Najlepsza walka gali bez dwóch zdań. 

Skoro motywem przewodnim Survivor Series jest starcie RAW vs. SmackDown, a Balor i Styles najprawdopodobniej za cztery tygodnie będą bez konkretniejszego programu to dlaczego nie zestawić ich ponownie? Teraz to będzie miało jakieś szczątki historii. Odejdzie też argument zacierania brand splitu. Wszystko się zgadza. Cytując więc Christiana: „I want one more match!”

Winner: Finn Balor (18:18)


Match #7
Singles Match
Jason Jordan vs. Elias **

Gdybyśmy mieli robić własną wersję „Wrestling Sins” to dodawanie walk podczas gali PPV byłoby grzechem. Nigdy nie wypada to dobrze. Motyw z rzucaniem warzywami w Eliasa był wyraźnie na zabicie czasu, ze względu na małą ilość walk na gali.

Poziom tego starcia może nie był tak tragiczny, jak walk o pas Cruiserweight i Kick-Offu, ale trzeba zarzucić temu pojedynkowi, że nie był jakkolwiek angażujący. Fani nie kupili Jasona „Syna Kurta” Jordana, a magia Eliasa znika, gdy rozbrzmiewa gong. Nie jest tragiczny w ringu, jednak to, co najlepsze u „Driftera” to otoczka wokół jego postaci. Nie było więc w tej walce osoby, której można kibicować. Kilka minut odpoczynku przed walką wieczoru. Obyło się bez większych błędów, końcówka była pomyślana i dobrze przeprowadzona więc za to mały plusik. Jak można najbardziej pochwalić to starcie w trzech słowach? Mogło być gorzej. 

Winner: Jason Jordan (08:46)


Main Event
3-on-5 Handicap TLC Match
Dean Ambrose, Seth Rollins & Kurt Angle vs. The Miz, Sheamus, Cesaro, Braun Strowman & Kane *** i 1/4*

Walka roku? Nie. Bardzo dobra walka, którą będziemy wspominać po latach? Dwa razy nie. Najlepsza walka tego miesiąca? Trzy razy nie! Dziękujemy za uwagę. WWE musiało ratować walkę wieczoru, ogłaszając powrót Kurta Angle do ringu. Walka jednak ma trwać ponad 30 minut, Kurt nie da rady tyle przewalczyć. Co więc robimy? No eliminujemy go we wczesnej fazie starcia, tylko po to, aby wrócił pod koniec przy swojej muzyce i wielkim dopingu fanów. Okej, ale co zrobimy z rywalami Abrose’a i Rollinsa? Mamy ciągnąć walkę dwóch na pięciu przez kilkanaście minut? To nie ma sensu! Więc niech Strowman i Kane się pokłócą, jeden wyeliminuje drugiego i po sprawie. 

Nakreśliłem już nieco mój problem z tą walką? WWE stało się ofiarą własnego pomysłu. Miał być handicap, miał być triumf The Shield, miało być szczęśliwe zakończenie PPV. Niestety wypadł nam Roman Reigns. To nieco pokrzyżowało plany federacji i trzeba było nieco zmienić przebieg walki (to tylko hipoteza, moje spojrzenie na sytuację). Tutaj jednak pojawił się problem, bo zlepek heeli miał za dużą przewagę liczebną. Miała ona służyć ukazaniu The Shield jako potężnej stajni, jednak jedyne co ten Handicap zrobił, to wprowadził chaos i długie przestoje w pojedynku. 

Co więc na minus? Zbyt dużo zawodników. Niektórzy po prostu nie mieli w pewnych momentach nic do roboty, a stali bezczynnie i np. czekali na swoją kolej do uderzenia krzesłem. Zbyt wiele przestojów. Przykładowo cała ta akcja wyeliminowania Strowmana na stage’u. Niby walka trwa, czas leci, a tempa brak. Dwa konkretne spoty. Jak na tak długą walkę powinno być więcej użycia przedmiotów.

Mimo tego było kilka fajnych momentów w tym main evencie. Nie wystarczyły one jednak, by wygrać z negatywnymi aspektami. Dlatego daleko mi do ogłaszania, że wczoraj na TLC odbyła się walka roku. Jak napisałem na początku, nie była to nawet walka miesiąca. Hell in a Cell Matche wypadły znacznie lepiej.

Winners: Ambrose, Rollins & Angle (35:33)


WWE TLC 2017

Podsumowanie: WWE TLC nie było galą wielce kontrowersyjną, nie ma tysiąca dyskusji na jeden temat. Jedyne co budzi aktywność internetowej społeczności to walka wieczoru. Reszta jednak jakoś przeszła obok. To dobrze i źle jednocześnie. Nie mamy o czym mówić… czyli gala była po prostu poprawna. Chyba to dobrze, że brandowe (+ AJ Styles) PPV wychodzą z okresu większych tygodniówek i zyskują własną tożsamość. Z drugiej strony całość nie ma nawet startu w rywalizacji z Hell in a Cell. WWE TLC 2017 to po prostu średniak. 3 z minusem w skali szkolnej. Patrząc na samą kartę… mogło być gorzej, prawda?

O Autorze

Wrestling poznał w wieku ośmiu lat i do dziś jest z nim związany. Obecnie oczarowany brytyjską sceną wrestlingu. Jego ulubionymi zawodnikami są Katsuyori Shibata, Marty Scurll i Kevin Owens. Prywatnie uczeń technikum, wielki fan seriali.

Podobne posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany